| Wziąłem ten projekt i na miejscu flamastrem przerysowałem tak, że chyba
| z połowa koabla odpadła, a końcowa suma zmalała przeszło 30 procent.
| Jeszcze się funkcjonalność i elastycznoś wykorzystania tej struktury
| podniosła. W końcu musieli jeszcze raz na czysto rysować i liczyć. I
| robić według zmienionego projektu, przez co zarobili dużo mniej. Ale
| podejrzewam, że tacy klienci to im się rzadko trafiali.
30% to w takich ukladach nie jest "duzo mniej", tyle to mozna bylo
10 lat temu wynegocjowac przy ustalonym planie.
Ale 30% to ja im z mety skreśliłem z kosztów, nie było czego negocjować.
Dalej była pozycja "koszt projektu" -- "panowie przecież nie umiecie
projektować, więc skreślamy". Co mieli robić, musieli przyznać rację.
A za wykonawstwo chyba też coś udało się urwać.
Mysle ze takich klientow jest wiekszosc, ale oczywiscie mam zbyt mala
probke do powazniejszych wnioskow. Tak czy owak, jak widzimy, zapas
gniazdek bylby w kazdym przypadku :-)
Gniazdka to nie wszystko, jeszcze kabel potrzebny. Jak mam dwa piętrowe
budynki oddalone od siebie o kilkadizesiąt metrów (znów przykład z życia),
to wcale nie uważam za niezbędne, by kabel od każdego gniazdka kończył
się w jakiejś mega-szafie stojącej w mega-serwerowni. Będę miał realne
oszczędności, jeśli zrobię lokalne centra na piętrach ze switchami,
routerami i innymi klamotami, a te centra połączę z serwerownią jakimiś
skromniejszymi magistralami. Taka szafka to całkiem niezłe miejsce na
wielokrotną bramkę VoIP. Nie widzę powodów, by z każdą parą telepać się
do centralnie umieszczonej centralnej centrali telefonicznej.
Dziesięć lat temu, to ja oczywiście nie myślałem o (lokalnym) używaniu
VoIPa, więc miejsce na telefony też było w okablowaniu przewidziane.
Poza rezerwą.
| Najśmieszniejsze jest to, że jakiś czas później przyszedł sławetny
| kablarz-telefoniarz ze zwojem kabla na plecach i zaczą zabierać się
| za tkanie w budynku swojej pajęczyny. (Już nie pamiętam czy został
| zrzucony ze schodów czy skończyło się to jakoś inaczej.)
Widocznie jakas stara szkola. Nowa szkola, z firm "zewnetrznych",
tylko patrzy czy tu sie nie da gdzies podlaczyc bez wysilku :-)
Ale to się tyczy przede wszystkim wysiłku umysłowego -- tego najbardziej
pogardzanego przez takich typów. Ja miałem kiedyś taką "sytuację zastaną".
Dwupiętrowy budynek, każda kondygnacja około tysiąca metrów powierzchni.
Tam kilka miejskich telefonów (przeznaczenie budynku w zasadzie nie
wymagało, by ich było więcej). Jeden z tych telefonów, wraz z gabinetem
jego użytkownika, był na przestrzeni dziejów kilkakrotnie przenoszony
prostopadłościanu. Wszystkie zmiany można było dokładnie prześledzic na
podstawie obserwacji kabli telefonicznych. Jak trzeba było przenieść
telefon, zawezwany technik brał kabel i ciągnął od starego gniazdka do
nowego. A po kilku latach inny bystrzacha spuszczał się ze swoim drutem
nazad w to samo miejsce. Że są różne szkoły, to zauważyłem. Jedni ciągną
po elewacji na dach, tam kabel rzucają na papę i wiążą jakimś sznurkiem
do kominów, a następnie znów wchodzą do budynku przez szparę w futrynie.
Inni pracowicie przybijają kabelek do ścian korytarzy i klatek schodowych.
W każdym razie po remoncie i malowaniu wszystko działać przestało.
Zawezwanemu mistrzowi młotka i kabla kazałem się wpiąć wprost do tepsianej
głowicy. Była około pięć metrów dalej. Niepotrzebnej już pajęczyny
wybebeszono coś między 100 a 200 metrów.
Jarek